wtorek, 28 lipca 2015

DIY : kierunek minimalizm – zaczynamy od pokoju

Mieszkanie, pokój mówi wiele o naszym trybie życia. Mój przypominał kiedyś sklep orientalny, potem wcale go nie miałam. Najpierw napaćkane było wszystkim, duża tablica korkowa z przyczepionymi do niej dredami, pocztówkami, rysunkami, gadżetami, półka z pustaków, na ścianach kolorowe materiały, płyty winylowe, jakaś mantra gdzieś przyczepiona, pełno książek i co gorsza podręczników nawet z 6 klasy podstawówki, farby, długopisy, pędzle – połowa wyschnięte. Światełka, ozdóbki, wszędzie kubki po kawach, herbatach, butelki z wodą. Pełno kosmetyków, miliony pudrów, podkładów, kremów, które były albo: a) tanie b) obiecywały super efekty c) kupione na otarcie łez. Do tego szafa z ciuchami które czekały na okazje lub na kilka kilogramów mniej, buty i szale w ilości nieprzyzwoitej. Takie też było chyba poniekąd moje życie. Strasznie chaotyczne, męczące na dłuższą metę, ale miało też w tym swój urok.




Minimalizm - zaczęło się od tego, że ostatnimi laty sporo się przeprowadzam i właściwie cały czas byłam na walizkach z rzeczami które faktycznie były mi potrzebne, a resztę trzymałam w domu. W tym roku po dwutygodniowym pobycie w Kolonii zabrałam resztę rzeczy z Gdańska aby zawieźć je do domu na wakacje. Przy rozpakowywaniu stwierdziłam, że wkurza mnie ta nuda i muszę coś zmienić. Zatem wpakowałam znowu wszystkie rzeczy (sic!), które zdążyłam już rozpakować, zamówiłam farby Anie Sloan z patynowy.pl, o których można przeczytać w samych „oh i achach” u różnych blogerek.  Po dwóch dniach zabrałam się za malowanie mebli na kremowo.  Trzeci dzień bałaganu, plam od farby i smrodu od wosku osłabił mój zapał. Zaczęłam się rozglądać po pokoju i stwierdziłam jakie życie byłoby łatwiejsze gdybym miała o połowę mniej rzeczy, gdyby się nie walały wszędzie i że nie ma opcji abym zabrała to wszystko za miesiąc do Berlina.




Od jakiegoś czasu obserwowałam u siebie owszem tendencje typu: „niepotrzebne? Wypierzyć, oddać potrzebującym, spieniężyć, zastanowić się 100 razy zanim kupisz”, więc było i tak lepiej niż jakieś 4 lata temu. Ale tym razem nadeszła jakaś rewolucja na ogromną skalę. Milion godzin przeglądałam to co zostawić co wyrzucić lub jak się pozbyć, ze łzami w oczach, ale było warto.   Dzięki temu życie serio wydaje się jakieś lżejsze, im mniej rzeczy się posiada tym łatwiej jest jakoś oddychać, nie martwię się o to wszystko, a w razie wojny mogę się szybko spakować i uciec (np. do Niemiec : D ). Mam zawsze miejsce aby wyciągnąć matę i poćwiczyć czy potańczyć. Nie jestem jednak minimalistką we wszystkich obszarach  życia, do pozbycia się książek, zbioru pocztówek, zdjęć czy szkiełek do podgrzewaczy muszę jeszcze jednak dorosnąć. Ale do tego też powoli dążę...








6 komentarzy :

  1. Opis poprzedniej wersji pokoju nawet mnie zaciekawił, jednak z autopsji znam uczucie nudy ;) w wersji po jest przestrzeń i ładnie to wygląda ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Opis poprzedniej wersji pokoju nawet mnie zaciekawił, jednak z autopsji znam uczucie nudy ;) w wersji po jest przestrzeń i ładnie to wygląda ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Znam to...ja ostatnio ciągle robię porządki, by w końcu zapanował idealny ład:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Teraz wygląda czysto i przytulnie. Świetnie Cię rozumiem, u mnie zmiany w życiu zawsze idą w parze z wielkimi porządkami, od razu jakoś mi lżej :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Też cały czas robię porządki...

    OdpowiedzUsuń
  6. porządki w życiu czasami trzeba zrobić, Ty zrobiłaś od mieszkania

    OdpowiedzUsuń